stycznia
25
2016
--

Prasa drukarska

Szczepan Twardoch

Wieczny Grunwald

WL 2013

Twardoch_Wieczny_mTwardoch jest rodzajem pisarza, którego dobrze widzieć w głębszej perspektywie historycznej. Kupując zatem nową, zachwalaną, lub przynajmniej obsypaną nagrodami, nową książkę pisarza, sięgam jednocześnie po wcześniejszy tytuł. Tym razem padło na Wieczny Grunwald, dzieło historyczne, a więc i pogłębiające perspektywę jak ustawione naprzeciw siebie lustra. W nieskończoność.

Opisanie wieczności jest niemałym wyzwaniem zarówno dla pisarza, jak i czytelnika. Taka perspektywa narzuca stosowanie pewnych niewygodnych środków stylistycznych, mieszania czasów, zasobu leksykalnego od staropolszczyzny po futurystyczny język następnych wieków. Twardoch radzi sobie z tym całkiem sprawnie, powieść pozostaje pozycją, którą „da się przeczytać” (w przeciwieństwie do tych, których czytać się nie da, ale przynajmniej wypada o nich słyszeć), wnosząc jednocześnie nieco oryginalnych rozwiązań językowych.

Najważniejsza jednak w prozie Twardocha nie jest jej strona stylistyczna, lecz konstrukcja bohatera, uwikłanego w opisywaną historię. Mimo że każda w miarę sensownie napisana powinna w sposób jak najdoskonalszy inkrustować bohatera w opowiadaną historię, zaangażowanie Paszko pozostaje wyjątkowe. Jest bardziej skomplikowane i beznadziejne.

Paszko to bohater tkwiący nie tylko w powieści, ale również w książce, niezdolny wyrwać się spomiędzy okładek (tak, tych z obrazkami, blurbami i skrzydełkami).

Dociera do ostatniej strony, pchany fabułą, napotyka mur nie do przejścia i zawraca do pierwszej, żeby ponownie odtworzyć historię życia i śmierci na polach Grunwaldu. To fizyczne utkwienie postaci w książce (definicyjnie rozumianej jako zapis myśli ludzkiej) nie jest rzeczą w literaturze często spotykaną, tym bardziej więc wartą wzmianki. Fabuła staje się rodzajem taśmy VHS, która po odtworzeniu, przewija się automatycznie do początku, Rola czytelnika sprowadza się nie tyle do okazania empatii wobec bohatera, ile odczucia bólu tej nieskończonej, choć zupełnie niepotrzebnej egzystencji.

Zapis myśli ludzkiej nie obędzie się bez słów, więc też w słowach najłatwiej odnaleźć więzy trzymające Paszka pomiędzy okładkami książki. Twardoch nie boi się używać wielkich, historiozoficznych określeń, w odwiecznej wojnie słowiańsko-germańskiej udział biorą pachnąca słodko Matka Polska, której ciało rozpościera się tuż pod glebą pól, łąk i sadów oraz mroczne i wzniosłe wieże niemieckie żywiące swych dowódców najczystszą krwią (czy jak woli Twardoch „Blut”).

Pomiędzy tymi dwoma określeniami rozciąga się ziemia niczyja podwójnej narodowości Paszka, zrodzonego z matki Niemki i ojca Polaka. To rodzaj czyśćca, z którego nie ma wyjścia, bo i jedna i druga narodowość bohatera czyni z niego w każdym z rajów zdrajcę.

Paszko walczy o uznanie indywidualności, prawo bycia człowiekiem nieokreślonym słowami, ale ta walka z góry jest przegrana. Skazany na umieranie bez końca, będzie musiał w końcu uznać swoją niższość wobec wszechmocnych słów symboli. Sprzedać indywidualność Matce Polce lub czystej „Blut”. Przegra w obydwu sytuacjach, ale może w końcu zazna trochę spokoju, rozpływając się w snutej przez Twardocha historii.

Tutaj nagle powieść Twardocha aktualizuje się w ciekawy sposób. Powrót nowomowy w ostatnich czasach, wygłaszanego z nadęciem słowa Naród, powrót koncepcji Historycznej Roli, pasuje jak ulał do dramatu Paszka.

Ograniczenie języka używanego przez polityków do zbioru określającego jedynie, grupy, nie indywidualności, (protestujący przeciw łamaniu demokracji to Targowica, muzułmanie to Terroryści, dziennikarze stawiające trudne pytania to Propagandyści, kibice maszerujący z podniesionymi pięściami i zakrywający twarze kominiarkami to Naród, ginący na Morzu Śródziemnym uchodźcy to Dzicz) sprawia, że niejedna osoba (rozumiana jako byt odrębny, indywidualny, zdolny do myślenia) może poczuć się jak Paszko wprasowany przez drukarza między okładki Wiecznego Grunwaldu.

To pocieszające, że istnieją książki, które nie tracą aktualności mimo mijającego czasu, rządów oraz roszad medialnych. Albo deprymujące, jak kto woli.

Share Button
Written by admin in: Lektury | Tagi:,
grudnia
18
2015
--

Krew uległych poddanych

krew-nie-woda-u-iext30367904Bałem się zbytniej aktualności tej książki, z notką na jej temat postanowiłem chwilę poczekać. Doskonały pomysł. Dzięki temu doczytałem inną political-fiction, która okazała się świetnym uzupełnieniem i komentarzem do powieści Pawlaka. Także grudniowe wieści z mediów przyczyniły się do zniknięcia moich uprzedzeń i zrewidowały pierwszą, powierzchowną ocenę książki. Jej największe wady zacząłem zauważać jako zalety, do tego stopnia!

Nie lubię książek o wampirach, seriale politikale mnie nudzą, a jednak sięgnąłem po „Krew nie woda”, zaintrygowany, jak autor poradzi sobie z obraną fantastyczno-groteskowo-humorystyczną strategią przedwyborczej opowieści. Jak się spodziewałem, trudno było wciągnąć się w intrygę, groteska to nie szkiełko do powiększania emocji, więc bohaterowie wydają się płascy i służalczy wobec nadrzędnej intencji autora. Do tego jeszcze biegają dużo i niezbyt sensownie, zmieniają miejsca, kryjówki, mylą ślady. To zapewne rys powieści szpiegowsko przygodowej, ale miałem nieustanne wrażenie jakby autor chciał w ten sposób wkleić do fabuły wszystkie miejsca zaplanowanych już spotkań autorskich. Ta nerwowość może też być efektem daty wydania książki, niesamowicie aktualnej, koniecznie przedwyborczej. Cierpiąc, notowałem w pamięci liczne zaprzepaszczone okazje do rozwinięcia problemu, pogłębienia postaci, rozszerzenia tła. Ale, ostatecznie, kto pisze 1000 stronicowe przygodówki o wampirach?

Czytając nieco później „Uległość” Michela Houellebecq’a, dostałem właśnie to, czego brakowało mi u Pawlaka, bohatera. Owszem neurotycznego, niezbyt sympatycznego, przeintelektualizowanego, ale bohatera, który myśli, panikuje, boi się, stacza, odkupuje i korzysta (usiłuje?) z życia. Bohatera niepapierowego słowem. No, ale umówmy się, Michel Houellebecq miał zdecydowanie więcej czasu na pogłębienie problemu. Islamiści wygrają wybory we Francji dopiero w 2017 roku, nie ma paniki. Analiza też idzie w innym kierunku. Bohater „Uległości”, humanista jednego tematu, zagrzebany w nikomu niepotrzebnych rozterkach historyczno-literackich, nagle dostaje możliwość wejścia w świat, gdzie ludzie umysłu są nagrodzeni z odpowiednią dla ich inteligencji i wiedzy szczodrością. Mężczyźni nagle odzyskują zagubioną władzę, pieniądze i kobiety. I co najważniejsze, wiarę. Bez obaw, nie do końca chodzi o wiarę w Mahometa, raczej w zagubioną w zachodnim świecie wiarę w siebie (tę prawdziwą, a nie produkowaną w spotach reklamowych wody kolońskiej). Przewrotnie, Houellebecq tę nagrodę funduje rękami Muzułmanów, a to już nawet nie jest prztyczek w nos naszej demokratycznej miazgi post literackiej, to kop w dupę konsumpcyjnej kultury, która spycha nieodwołalnie w kąt wszystko, co wielowymiarowe, relatywne i wymagające myślenia.uleglosc-d-iext29364072

Nie powstrzymam się tutaj przed przywołaniem książki „Nazywam się Czerwień” Orhana Pamuka, jednej z najpiękniejszych powieści o sztuce średniowiecznej, broniącej się przed nadejściem renesansu i wulgaryzacji roli artysty. Czego obawiają się intelektualiści istanbulscy, to zastąpienie świętości symbolu, jego boskiej głębi przez ludzką perspektywę odwzorowania rzeczywistości. Nie wnikałem, czy autor jest Muzułmaninem, dzihadystą, islamistą czy ateistą, ale wyrósł w kulturze Wschodu i doskonale ją wplótł w tę naszą, zachodnioeuropejską. Autor „Uległości” zdaje się szukać tego związku od drugiej strony. Bosforu tym pewnie zasypie, ale gdyby chociaż wątła kładka…

Wracając z Turcji do Polski, do gorącego polskiego grudnia AD 2015, nie sposób nie docenić zdolności przewidywania Romualda Pawlaka. Po gwałtownej degradacji języka polskiego w mediach (jakby do tej pory nie był wystarczająco zdegradowany), sejmie i Internecie, po zupełnej blokadzie dyskusji pomiędzy coraz głębiej okopanymi obozami racji politycznych, wybór przez Pawlaka groteskowo-humorystycznej strategii powieści „Krew nie woda” okazuje się popłacać. Jak pięknie teraz to widać, że polityka nie jest dla ludzi, tylko dla stworzeń ulepionych z innych emocji i potrzeb. Wampirów krwiopijców. My, wyborcy, zwykli ludzie, nigdy ich nie zrozumiemy, żyjemy w świecie najzwyklejszych problemów. Jedyne, co nam pozostaje to poddać się roztaczanej przez krwiopijców wizji, wstąpić pod ich sztandary. A jak się okazuje, mamy nawet „wybór” opcji politycznej, tak pięknie jest skonstruowany ten świat (czy już piekiełko?).

W nagrodę dokonania wyboru dostępujemy zbawienia od wątpliwości, klarowności wizji świata, braku czkawki wątpliwości. A że nie jest to już nasz świat? Czy to naprawdę ważne dla uległych poddanych? Jak w „Wojnie Światów”, chodzi ostatecznie tylko o naszą krew.

Groteska, przez swoją odległą perspektywę wobec fabuły i aktorów zdaje mi się teraz jedynym językiem jakim jeszcze można sensownie się porozumiewać. Fantastyka stawia przykrą rzeczywistość poza codziennym horyzontem, ale jednocześnie, swoją tradycją antyutopijną, ostrzega. Humor wreszcie wyrównuje szanse w tym pojedynku z Goliatami. Efekt lektury powieści Pawlaka jest ostatecznie pozytywny, pozwala odnaleźć właściwy punkt widzenia, nie po jednej, czy drugiej stronie barykady, ale wysoko ponad nią.

Share Button
Written by admin in: Lektury | Tagi:, , ,
października
26
2014
--

Genetyczna niewiara

Wiktor Suworow

Tatiana – tajna broń

Niełatwo dojść do prawdy. Nawet w tematach tak zdawałoby się trywialnych i nieznaczących dla szarego obywatela, jak pomoc UE w programie redukcji emisji polskiego dwutlenku węgla. Zwalczające się obozy polityczne mają swoje zdanie na ten temat, ale z daleka pachnie ono naginaniem faktów do ideologii, prasa publikuje opinie, ale przecież wiadomo, kto stoi za dziennikarzami.

Zastanawiam się więc nad tym nic dla mnie nieznaczącym projektem UE i popadam w irracjonalny lęk. Boje się być oszukany. Boję się mieć własną opinię na ten temat, bo zostanę natychmiast zaklasyfikowany w którymś z obozów, boję się zadawać pytania, bo przecież tylko dziecko mogłoby się jeszcze zastanawiać, która prawda jest prawdziwa. Dorosły przecież wie, odpowiada bez zastanowienia – no, przecież żadna z nich, to chyba jasne, nie?

Można się w tym momencie wybrać na poszukiwania trzeciej prawdy, czemu nie, ale kto mnie zapewni, że nie ma czwartej i piątej?

Rozsądniej się więc wycofać, schować za parawanem fikcji i abstrakcji. Poczytać Browna i posłuchać muzyki.

W trakcie lektury „Tatiany” odkryłem zastanawiającą rzecz – Beria był ponoć dobrym człowiekiem. Dobrym jak na kraj Sowietów, ale jednak. Mimo, że traktuję wynurzenia Suworowa z dystansem, to tym razem, aż się we mnie zagotowało. Wewnętrznie. Beria, ten czerwony kat dobrym człowiekiem?

Po kilku chwilach ochłodłem na tyle, by zadać sobie kolejne znaczące pytanie. A co ja właściwie wiem o Berii? To nie mój rocznik, urodziłem się kawał czasu po jego śmierci i nawet nazwisko Chruszczow niewiele mi mówi. A jednak z jakiegoś powodu wiem, że to zły człowiek był. I kropka. Skąd ta pewność? Zaszczepiona genetycznie? Czyżby propaganda komunistyczna była na tyle intensywna, żeby wszczepić te kłamstwa z taką intensywnością, że rodzice przekazują je teraz potomstwu?

Szkoda, że nigdy się tego nie dowiem, przecież to tylko prawda Suworowa. Jedna z wielu.

Share Button
Written by admin in: Lektury |
lipca
09
2014
--

Wiecznie żywa korporacja

Przemek Angerman

Tożsamość Rodneya Cullacka

Pulpa. Piękne słowo. Autor pewnie jest tego samego zdania, bo zapełnił nią, pulpą, dobrych 80 procent powieści. Są bijatyki, pościgi, strzelaniny, bohatera zabijają kilkakrotnie, po czym również kilkakrotnie ucieka, deus ex machina czeka za każdym rogiem, czytelnik włazi na nią pełnym rozpędem i klnie, bo już by chciał, żeby jakoś to wszystko się trochę wygładziło, ułożyło.

Ale nie, Autor ma inne plany i pędzi, pędzi, czasem tak szybko, że szwy fikcji się prują i wyłazi szanowny grizipiór we własnej postaci.

To wszystko powyżej, to nie są zarzuty, po prostu taki wybór twórczy, jednym się spodoba bardziej, innym mniej. Osobiście dostrzegam w tego typu zabawie literackim tworzywem jedną, ale za to poważną wadę: czytelnicze niespełnienie. Trudno przejmować się bohaterem, którego sam Autor traktuje z jawną kpiną, staje się on jedynie trybikiem w maszynie, niezbędnym, ale też zupełnie nie wzbudzającym emocji. Podobnie świat przedstawiony, nie czuje się go, nie wącha, bohater przemierza go nie rozglądając się na boki, prze do swojego celu z determinacją i nieludzką energią.

Biedny, nie wie nawet, że ten cel, to wielka manipulacja, że to Autor mu go wcisnął przed oczy i kopie w tyłek, żeby nie zbaczał z wyznaczonej ścieżki. Te boskie ingerencje, są chyba najbardziej irytujące, chociaż w zamierzeniu miały służyć jako drugie dno powieści, ukazywać zamysł filozoficzny, zadawać istotne pytania o świadomość, wolność, człowieczeństwo. Pięknie, godne to pochwały, tylko czemu w tak brutalny sposób? Akcja powieści toczy ze 300 lat po naszej, czytelników śmierci, w świecie wysublimowanej technologii farmakologicznej, imperiów galaktycznych i podróży między przestrzennych, ale ciągle jest w niej miejsce dla korporacji, której nic nie było w stanie ani zastąpić, ani zmodyfikować. Problemem bohatera są rzeźnie, w których niedokładnie ogłuszone zwierzęta krojone są żywcem, czasami też wyskakują, jak królik z kapelusza wspomnienia sprzed 3 wieków, żywe i szczegółowe, jakby bohater doświadczył ich na własnej skórze. I znowu czytelnik odbija się od tej powieści, nie znajdując żadnych otwartych gościnnie drzwi.

A szkoda, bo masa tam niezłych kąsków, pachnących “Mechaniczną pomarańczą”, Dickiem, “Matrixem”, Lemem, które Autor przyprawia na swój oryginalny sposób. Nie można też odmówić stylowi płynności, czyta się to dobrze od czasu do czasu tylko złorzecząc na Twórcę tłamszącego swoją własną Kreację.

Share Button
Written by admin in: Lektury | Tagi:, , ,
lipca
02
2014
--

Półdziewica i pióro

René Belletto

Le Livre

Gdzieś mi się zachowała miłość do realizmu magicznego, gdzieś między sercem a umysłem. Pewnie z wdzięczności za odrobinę ciepłego szaleństwa, jakie dzięki temu nurtowi napłynęło do komunistycznej Polski.

Pewnie dlatego lubię francuską literaturę, która nie boi się takiej gry na pograniczy snu i jawy. Nawet w rejonach literatury popularnej. Sami popatrzcie: Michel, narrator opowieści, wplatany zostaje w ponurą intrygę – nieznajomy mężczyzna, z nieznanych powodów próbuje doprowadzić go do samobójstwa, kiedy to się nie udaje, napastuje – z fatalnym skutkiem – jego przyjaciółkę.

Dobrze, akcja jest, ale motywy? Dlaczego prześladuje i napastuje?

Zabawa zaczyna się od znalezienia sygnetu. Michel przywłaszcza go sobie, razem z nim ukradzioną tożsamość prześladowcy (który, być może, był prawowitym jego właścicielem). Potem kupuje wieczne pióro, które ma zamiar ofiarować pielęgniarce opiekującej się jego umierającą siostrą. Pióro, rzecz niewinna, chyba, że prześladowca jest impotentem…

Pierwsza poddaje się czarowi sygnetu i pióra, niejaka Evelyne. Oddaje się bohaterowi, znacząc pościel dziewiczą krwią. Zanim nie skusił jej Michel, była w związku homoseksualnym, czekając na tego jednego, jedynego, z sygnetem. Ale mimo wszystko to tylko półdziewica, któż może wiedzieć, czy wieszczone przez nią prawdy nie są więc tylko półprawdami?

Pojawia się więc ponownie na scenie pielęgniarka, wcielenie niewinności. W ostatniej chwili rezygnuje z poślubienia przyjaciela z dzieciństwa i zdaje się być całkowicie gotowa na podarunek Michela, wieczne pióro.

Szaleństwo, prawda? A to tylko thriller…

Wracając jeszcze na chwilę do realizmu magicznego, ten francuski, współczesny, przychodzi bardziej z głowy niż z serca. Jego źródłem jest kreacja, władza, jaką dysponuje autor nad swoim dziełem. To pozwala na wszysto, rozkochiwanie dziewic i spektakularne usuwanie wrogów. Można nawet sobie zafundować happy end… o ile się w to wszystko uwierzy.

Share Button
Written by admin in: Lektury | Tagi:, ,
listopada
08
2013
--

QFant się skusił

qfant

QFant opublikował opowiadanie o dość specyficznych podróżach w czasie. Do ściągnięcia – bez opłat dodatkowych – tutaj

Share Button
Written by admin in: Newsy |
lipca
02
2012
1

Jestem żydowskim katolikiem

Powieść to i jednocześnie nie powieść. Fikcja występuje tu na równych prawach ze streszczeniem wspomnień Karskiego wydanych jeszcze podczas wojny oraz transkrypcją fragmentu filmu Shoah. Jednocześnie autor nie chce mieszać tych trzech form, każdej z nich wyznacza swoje miejsce.

(więcej…)

Share Button
Written by admin in: Lektury |
listopada
03
2011
--

Sherlock Podbipięta

Polecam niezadługi felieton o postaciach literackich, wyraźnie zainspirowany pracami Pierre’a Bayarda, francuskiego psychoanalityka literatury. Do wglądu tutaj

Share Button
Written by admin in: Lektury | Tagi:, , ,

hosting www | Powered by WordPress | Aeros Theme | TheBuckmaker.com WordPress Themes